Śpiesz się powoli.

Nowe tematy na Forum
    Artykuły

    Z MYŚLĄ O TOBIE - INFORMATOR DLA RODZICÓW MAŁYCH DZIECI Z ZESPOŁEM DOWNA
    Z myślą o Tobie - Informator dla rodziców małych dzieci z zespołem Downa

    Z MYŚLĄ O TOBIE - INFORMATOR DLA RODZICÓW MAŁYCH DZIECI Z ZESPOŁEM DOWNA

    Informator ZD
       Przedmowa
       Nierozłączni
       Gorące Pytania
       Dlaczego ja?
       Medycyna
       Rehabilitacja
       Prawo
       Przydatne adresy
    Zespół Downa

    [b]Darowane, zabierane. Czy to na pewno rewolucja? – o nowej ustawie o świadczeniach rodzinnych [/b]

    Jaki sygnał, poza koniecznością zaciskania pasa, rządzący wysyłają do obywateli, zapowiadając ograniczenie wydatków budżetowych na zasiłki rodzinne? Jeśli, np. przyznanie większości zasiłków będzie uzależnione od osiąganych dochodów, czy państwo będzie się opiekować tylko najmniej zarabiającymi?

    Z Joanną Staręgą-Piasek, dyrektorką Instytutu Rozwoju Służb Społecznych, rozmawia Anna Mateja

    ANNA MATEJA: – Jaki sygnał, poza koniecznością zaciskania pasa, rządzący wysyłają do obywateli, zapowiadając ograniczenie wydatków budżetowych na zasiłki rodzinne? Jeśli, np. przyznanie większości zasiłków będzie uzależnione od osiąganych dochodów, czy państwo będzie się opiekować tylko najmniej zarabiającymi?

    Joanna Staręga-Piasek: – Niekoniecznie. Jednak w przekonaniu, że najbardziej potrzebują wsparcia właśnie oni, więc obdarowuje się ich przeróżnymi świadczeniami, tkwi pułapka. Może się okazać, że to cudowne żyć pod kreską! Po zmianach na pewno otrzymają i dodatek rodzinny, i wychowawczy, i alimentacyjny, bo w każdym z tych przypadków dochód na osobę w rodzinie nie może przekraczać 504 zł (lub 583 zł w rodzinie z dzieckiem niepełnosprawnym).

    Kiedyś w Ameryce dobrze było być czarnoskórą kobietą bez męża, ale z gromadką dzieci. I nie można było złego słowa powiedzieć o wysokich świadczeniach, jakie otrzymywała, aby nie być posądzonym o rasizm, antyfeminizm albo brak szacunku dla rodziny. Może rząd powinien się zastanowić, czy zmiany w zasiłkach rodzinnych nie faworyzują “bycia pod kreską”? Jeśli tak, Polska staje się, w negatywnym sensie, państwem opiekuńczym. Pomoc nie polega przecież na tym, że znajduje się najbardziej niezaradnych i pomaga się im na wszelkie sposoby. Świadczenie ma pomóc ludziom wyjść z kręgu wykluczonych, a nie zabezpieczać ich wegetację w kokonie świadczeń socjalnych.
    Stwórca wyposażył nas w cechę niebywałej adaptacji do trudnych warunków. Dotyczy to też osób o niskich dochodach, które zamiast zmienić życie, aby więcej zarabiać i wydawać, ograniczą potrzeby i aspiracje.

    – Czy tak niewysokie świadczenia, jak np. 90 zł na rok na wydatki związane z nauką w szkole, 80 zł miesięcznie na dziecko mieszkające w internacie lub 70 zł miesięcznie na naukę i rehabilitację dziecka w wieku 6-24 lata, to zabezpieczenie przed „ograniczaniem potrzeb”?

    – Podniosła Pani kapitalną kwestię: w pomocy socjalnej liczy się nie suma wydanych pieniędzy, ale sposób ich wykorzystania i uzyskane efekty. Przy dobrym przepływie środków, nawet gdy nie jest ich dużo, można wiele zrobić.

    Zobaczymy, jak sprawdzi się dodatek edukacyjny i czy nie został wymyślony tylko po to, aby rządzący mogli powiedzieć: „proszę, dbamy o edukację”.

    Zamiast rozdawnictwa małych sum pieniędzy, może warto było zainwestować w konkretne usługi oferowane przez szkołę, np. dłuższe zajęcia pozalekcyjne czy darmowe obiady w szkole dla wszystkich (bez stygmatyzowania, że jedzą go tylko dzieci biedne), a zamiast rozdawać pieniądze na dojazdy do szkoły wrócić do zarzuconego pomysłu uruchomienia autobusów szkolnych.

    Pomocą w wykorzystaniu tych funduszy byłaby obowiązująca od nowego roku ustawa o dochodach jednostek samorządowych, m.in. pozwalająca samorządom opracować lokalną politykę społeczną: ile pieniędzy chcą przeznaczyć na domy dziecka, zakłady opieki społecznej czy usługi opiekuńcze. Dożywianie dzieci można przecież zorganizować w oparciu o lokalne możliwości gospodarcze, budując międzyludzką solidarność.

    Nowa ustawa o świadczeniach rodzinnych staje w poprzek tym zamierzeniom, dekretując, że pieniądze z budżetu muszą iść na z góry wyznaczone cele, np. wypłatę zasiłków edukacyjnych. Samorząd tylko je przekazuje dalej.

    – Czy nie jest to jednak rozdrabnianie sum? Dajemy mało, bo na więcej nas nie stać, ale za to wielu odbiorcom.

    – Podejrzewam, że rozdrobnienie było zamierzone. Trochę jak wpisanie na sztandar, że dbamy i o rehabilitację, i o edukację etc. Nie przypuszczam, aby zapisy ustawy napisano w oparciu o symulacje, jakich funduszy wymagają poszczególne świadczenia

    – Takie symulacje przeprowadzono przy ustalaniu zasiłku alimentacyjnego. Podzielono roczną dotację do Funduszu Alimentacyjnego (1,5 mld zł) przez liczbę rodzin niepełnych, spełniających kryteria dochodowe. Z obliczeń wynikło, że dziecko zdrowe ma otrzymywać 170 zł, niepełnosprawne – 250 zł.

    A może lepiej było ustalić minimum, jakie państwo jest w stanie ściągnąć od ojców, i wyliczyć resztę, którą powinno dopłacić? Państwo, zamiast poprawić ściągalność alimentów i zmusić rodziców nie opiekujących się dziećmi do płacenia, rozwiązało Fundusz Alimentacyjny i przyjęło na siebie obowiązki alimentacyjne. Komornikom nie opłaca się popędzać opieszałych, bo alimenty są czasami tak niskie, że procent, jaki otrzymywali od ściągniętej sumy, nie motywował ich do wysiłku.

    Zapisy ustawy, dotyczące zasiłku alimentacyjnego, mogą być patogenne. Po ostatnim głosowaniu w Sejmie na szczęście zlikwidowano górny pułap sumy alimentów (w pierwotnym projekcie suma zasiłków alimentacyjnych, jakie matka mogła otrzymać wynosiła 510 zł, niezależnie od liczby dzieci!), ale nie przesądzałabym kwestii, czy ustawodawca nie zechce wrócić do tego pomysłu. A co z rodzinami, gdzie jest 2-3 ojców i każdy z osobna powinien uiszczać należność? Można też, tylko formalnie, ogłosić separację, przez co kobieta staje się matką samotnie wychowującą dziecko, nawet jeśli mieszka z ojcem dziecka pod jednym dachem i korzysta ze wspólnych dochodów. Zrobi to jednak dla zwiększenia sumy świadczeń.

    Czasami jednak ojców nie stać na płacenie alimentów.

    – Ale w statystykach wcale nie dominują ojcowie pozbawieni wolności (choć może być ich więcej niż w stabilnych rodzinach) czy bezrobotni. Najwięcej jest przeciętnych sytuacji: osoby nie tworzące wspólnoty, z niewielkimi dochodami. Dominujące jest lekceważenie.

    Obecny rząd sporo mówił o konieczności promowania równego statusu kobiet i mężczyzn. Dlaczego więc wypłacenie zasiłku alimentacyjnego uzależnione jest wyłącznie od wielkości dochodów matki (to kobietom w 99 proc. przypadków sąd przyznaje opiekę nad dziećmi)? Jeżeli ich dochody przekroczą 504 zł na osobę, mogą pożegnać się z zasiłkiem. Natomiast ojca dzieci, nawet dobrze sytuowanego, nikt nie nęka. Wręcz zdjęto z niego obowiązek płacenia na dzieci. Można powiedzieć, że to niewielkie sumy, ale przecież do największych oszczędności dochodzimy odkładając codziennie złotówkę.

    Jakiś czas temu opinia publiczna przejęła się matką dwójki dzieci z porażeniem mózgowym, która zabiła dzieci i usiłowała popełnić samobójstwo. To był bezgłośny krzyk: „Już nie mogę”. Jest pozbawiona wolności, ma być sądzona. Ale czy tylko ona powinna stanąć przed sądem? A może także my, bo to otoczenie „nie widziało”, że nie wytrzymuje odpowiedzialności i brakuje jej sił.

    Generalnego zamysłu uporządkowania świadczeń rodzinnych nie podważam. Świadczenia uzależniono od kształtu i potrzeb rodziny, biorąc pod uwagę takie cechy, jak: niepełnosprawność, wiek, liczba dzieci i zależne od tego potrzeby. Wszystko zależy od tego, jak to będzie funkcjonowało w praktyce, jak, np. poradzimy sobie z rozrostem biurokracji. Dotychczas zasiłki rodzinne były wypłacane przez pracodawcę lub ZUS, teraz będą się tym zajmować tylko urzędy gminy, gdzie chyba będzie musiał powstać osobny wydział do gromadzenia dokumentacji i wypłaty świadczeń. Każde świadczenie ma przecież własną procedurę, a najwyższą instancją wiarygodności dokumentu w Polsce wcale nie jest podpis zainteresowanych, ale kolejne zaświadczenia.

    – Krakowskie Centrum Praw Kobiet zorganizowało demonstrację kobiet protestujących przeciwko likwidacji Funduszu. Czy w ślad za nimi, ale też górnikami, pielęgniarkami czy kolejarzami, protest zorganizują rodziny?

    – To grupa dosyć specjalna: kobiety samotnie wychowujące dzieci i świadome swoich praw. Protestowały jednak nie jako odbiorcy świadczeń, ale matki, którym sposób ich wypłacania, narusza poczucie godności. Alimenty mają wypłacać urzędy gminy, a nie – jak teraz – ZUS. Dla wielu z nich to naznaczenie. Czy mają przez to przechodzić, bo ojców zwolniono z odpowiedzialności?

    Rodziny na ulice jednak nie wyjdą. Ich członkowie mogą protestować w innych rolach, np. zawodowej górnika czy pielęgniarki, ale raczej nie zabiorą wtedy głosu jako osoby korzystające z zasiłków rodzinnych. Między rodzinami nie ma więzi podobnej do tej, jaka istnieje, np. w grupach zawodowych, mają różne dochody i specyficzne problemy. Nie zaprotestują też niepełnosprawni, zróżnicowani z racji wieku, dysfunkcji, aspiracji, inteligencji. Jeśli traktujemy obie grupy jako jednorodne, dojdziemy do nieprawdziwych uogólnień i będziemy bezradni w udzielaniu im wsparcia.

    – Może zdają sobie sprawę, że są zbyt słabi, aby ich protest cokolwiek zmienił? A poza tym słyszeli zapewne ostrzeżenie ministra Jerzego Hausnera, że możemy niczego nie zmieniać, ale za jakiś czas nie będziemy mieli z czego wypłacać zasiłków.

    Zabieranie zawsze jest bolesne. Psycholodzy mówią, że odbieranie pamiętamy silniej niż obdarowywanie. Szanujmy więc emocje ludzi, zaniepokojonych i zmęczonych. Jeżeli rządzący obwieszczają, że zweryfikują niepełnosprawnych i rencistów, wiedząc, że ta grupa ludzi nie zbierze się, aby powiedzieć: „Nie macie racji, inaczej to wygląda w praktyce”, szacunek wymaga, aby informacja była precyzyjna, a zmiany adresowane do starannie określonej grupy. Każda zapowiedź zmian porusza przecież jakieś struny emocji i zachowań. Dlatego tak ważna jest synchronizacja różnych sfer polityki społecznej. Ustawa o świadczeniach rodzinnych też nie jest samotną wyspą, ale powinna współgrać z ustawami: o pomocy społecznej, emeryturach i rentach, zatrudnianiu i aktywizacji osób niepełnosprawnych.

    Dlaczego, np. w przypadku zasiłku na rehabilitację mówimy tylko o jego wysokości? Przecież poprawa zdrowia i zmniejszenie liczby niepełnosprawnych zależy nie tylko od tego, ile pieniędzy otrzyma niepełnosprawny, ale jak funkcjonuje poszpitalna opieka medyczna i rehabilitacyjna. A właśnie służba zdrowia wydaje się nieprzygotowana do przywracania ludziom kondycji: nie znamy koszyka podstawowych świadczeń, leki są za drogie, ludzi nie stać na rehabilitację, która często jest źle prowadzona albo nie ma jej wcale, bo jej się nie docenia.

    Jest i inna patologia: pracownicy nie biorą zwolnień chorobowych, bojąc się utraty pracy, co musi odbić się na stanie ich zdrowia i jakości życia w ogóle. Zdrowia także psychicznego, bo w niepokoju, lęku przed zmianami i w trudnych sytuacjach są pozostawieni samym sobie. Nie jest dla nich partnerem państwo, samorząd, wymiar sprawiedliwości czy służba zdrowia.

    Przez 14 lat transformacji albo zniszczyliśmy, albo nie odbudowaliśmy szacunku do instytucji obywatelskich i republikańskich. Co gorsza, zaczyna odżywać podział „my” i „oni”, czyli społeczeństwo versus państwo i brak zaufania wobec władzy. Państwo, m.in. ma „być w służbie” (przede wszystkim wobec słabszych i zagrożonych), inaczej ludzie czują się zwolnieni z jakichkolwiek zobowiązań wobec niego.

    – Polacy oczekują jednak nie tyle „państwa w służbie”, ile państwa, które znajdzie pracę i zagwarantuje dogodne świadczenie.

    – Sugeruje Pani, że żyjemy w państwie nadopiekuńczym? Z satysfakcją porównuje się Polskę z Niemcami, gdzie też tnie się wydatki socjalne. Przypomnę więc, że niemieccy obywatele mają zagwarantowane minimum socjalne, a my nie możemy sobie pozwolić nawet na zagwarantowanie podstawowego poziomu dochodów. Nie twierdzę, że już powinniśmy to mieć. Raczej powinniśmy użyć innych instrumentów do kształtowania określonych postaw. Nie możemy jednak porównywać naszego państwa, które jest na etapie wypełniania podstawowych powinności wobec obywatela, z socjalnym państwem dobrobytu w Niemczech czy Szwecji. Daleko nam jeszcze do nadopiekuńczości.

    – A protesty górników, hutników czy kolejarzy? Oni właśnie oczekują od państwa gwarancji przetrwania swojej gałęzi gospodarki, zachowania miejsc pracy, nawet wypłacenia 13. pensji.

    – A sposób, w jaki traktuje się ludzi z byłych PGR-ów, którzy nie przyjadą do stolicy i nie urządzą manifestacji, więc pozostawiono ich samym sobie, to też przykład nadopiekuńczości państwa czy może braku odpowiedzialności?

    Wobec górnictwa czy kolei zabrakło konsekwencji wszystkich ekip rządowych po 1990 r. To właśnie brakowi konsekwencji zawdzięczamy coraz większą roszczeniowość różnych grup zawodowych. Jeśli zmiany poprzedziłaby analiza sytuacji, z której wynika, że określona grupa zawodowa nie może mieć dodatkowego wynagrodzenia, musimy zmniejszyć liczbę zatrudnionych, przekazujemy to spokojnie i twardo prowadzimy do końca. Jak jednak wyglądała sytuacja z kolejarzami? Jeszcze nie ucichły ostrzeżenia o odwołanym w ostatniej chwili strajku generalnym, gdy okazało się, że „gdzieś” zaginęły fundusze właśnie na kolej przeznaczone. To ciągła próba sił. Każda grupa czeka na swoją kolej, żeby coś dla siebie skubnąć.

    Niekonsekwencję widać nie tylko w uleganiu roszczeniom, także w nieprzemyślanych działaniach, np. górnicy otrzymali 40 tys. zł odprawy za odejście z zawodu. Dlaczego nie dopilnowano, aby w ślad za pieniędzmi pojechali na Śląsk doradcy z prawdziwego zdarzenia? Wielu górników wróciło przecież w strony rodzinne, choćby na Lubelszczyznę i Mazury – regiony niedoinwestowane, gdzie te pieniądze mogły się przydać: rozwiązać ich problemy i otoczenia.

    – Czy rządzący powinni po prostu powiedzieć do protestujących: „chcemy z wami rozmawiać, przyślijcie do nas kogoś”?

    – Tak. Dyskutujemy o wieku emerytalnym kobiet. Większość respondentów chce utrzymania granicy 60 lat. Nie jest to logiczne, bo wydawałoby się, że przerwy wywołane urodzeniami i wychowaniem dzieci, aspiracje kobiet do wyższego wykształcenia, dążenie do zrównania wynagrodzeń za tę samą pracę, dłuższe życie kobiet, zmiany w strukturze rodziny (dominuje dziś rodzina jednopokoleniowa, a nie – jak to było jeszcze niedawno – trzypokoleniowa) powinny skłaniać kobiety do akceptacji wydłużonego czasu aktywności zawodowej i, w konsekwencji, otrzymania wyższych emerytur. Czy ktoś jednak próbował dociec, dlaczego Polacy nie chcą dłużej pracować? Może nie chodzi o wrodzone lenistwo, ale o poczucie, że pracodawca nas wykorzystuje, nie szanując naszego czasu, wiedzy ani najlepszych lat? Musimy brać pod uwagę głos ludzi, których dotyczą proponowane rozwiązania.

    Również „rewolucję w zasiłkach” ocenimy dopiero wtedy, gdy będziemy chcieli i mogli poznać realną sytuację rodziny.

    JOANNA STARĘGA-PIASEK jest członkiem UW, byłym wieloletnim sekretarzem stanu w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej oraz współtwórcą ustawy o pomocy społecznej (pierwszej od 1923 r.)> – źródło: onet.pl – Tygodnik Powszechny – Kraj i swiat zdnia 2003-12-14 źródło

    Newsy

    296 dzień2019
    PAŹDZIERNIK
    środa
    Edwarda, Marleny, Seweryna  
    69 dni do końca 2019  

    (c) 2003-2019 Team Dar Życia:: nota prawna :: o plikach Cookies :: biuro@darzycia.pl
    Polecamy:   Forum o zwierzętach